Mam dziewiętnaście lat, jestem z Polski i podróżuję.

Jak to w ogóle możliwe?

W chwili gdy to piszę, mija dziewiąty miesiąc (nie, nie jestem w ciąży i rodzić nie zamierzam). Trzy czwarte roku minęło, odkąd zdałam maturę i wyjechałam z kraju, nie odbierając nawet świadectwa. Na zachodzie nazywają to Gap Year’em i robią dużo szumu na blogach i vlogach, żeby wyjeżdżać, poznawać, doświadczać i marzenia zamieniać w plany. Na  całe szczęście internet do Polski dotarł już dawno, dlatego szybko przekonałam się, że wcale nie będę pierwszą osobą, która chce zrobić coś inaczej. Która nie chce od razu gonić na studia, do pracy 9/17, ani do kredytu na 30 lat.  Przecież gdzieś tam, cały świat czeka na odkrycie. Odtąd w głowie miałam tylko projekcje niekończącego się horyzontu, egzotycznych kultur i ucieczki w nieznane jak z filmu “Wszystko za życie”.

A później przyszedł koniec szkoły.

Idea była zachodnia, a moja polska kieszeń- pusta. Daruję sobie narzekanie na to, że Holendra czy Francuza to stać już na starcie, a Polak to musi tyrać na wyspach. W końcu co nas nie zabije… to nas zmęczy. Ja swoje przemęczyłam pracując w hotelu na Islandii, w wolnym czasie zwiedzając ile się dało. 

Miałam okazję zobaczyć najsłynniejsze atrakcje, cuda natury i kilka miejscówek znanych tylko lokalsom. Zachłysnęłam się pierwszymi momentami dorosłego życia i nigdy wcześniej nie czułam się tak dobrze.  

Spędziłam tam całe kapryśne, arktyczne lato, a we wrześniowy dzień powrotu do domu, byłam pewna dwóch rzeczy. Po pierwsze, że na pewno wrócę na Islandię, a po drugie – przyszedł czas na upragnione wyjazdy!Najpierw potrzebowałam odpoczynku w miejscu, gdzie temperatura jest wyższa niż 20℃. Ze względu na tanie loty- padło na Włochy. I tak, październik spędziłam śmigając wynajętym fiacikiem po Sardynii i wcinając arancini na Sycylii.

Po miesiącu oglądania kościołów, starówek, czytania książki na plaży i sączenia kawki, byłam jednocześnie wypoczęta i zmęczona. Ile ja mam lat, pięćdziesiąt?! Miałam już dość wakacji, teraz przyszedł czas na podróże. Nie znałam siebie jednak na tyle dobrze, żeby wiedzieć, czy poradzę sobie z kilkumiesięczną podróżą na końcu świata,  dlatego zdecydowałam się na cztery tygodnie w dobrze znanej, niemalże oklepanej już Tajlandii. W Halloween siedziałam sobie wygodnie w samolocie do Bangkoku,a niedługo potem wiedziałam już, dlaczego południowo-wschodnia Azja jest najpopularniejszym kierunkiem na pierwsze backpackerskie wyprawy. Wielkie metropolie, dzikie dżungle, jedzenie na ulicy, rajskie wyspy, tanie hostele i niesamowici ludzie, jakich spotyka się po drodze. Żałowałam, że przyjechałam na tak krótko.

Wracając do Wrocławia pierwszego grudnia, wiedziałam, że kolejna moja podróż będzie właśnie w te strony. Ale zanim to- zadeklarowałam się na powrót do pracy na Islandii w okresie świąteczno-noworocznym, kiedy większość staffu wraca do domu. Przez dwa miesiące znowu zarabiałam, a w dni kiedy nie wyrabiałam nadgodzin, mogłam cieszyć się widokiem białych gór, śmigać skuterem śnieżnym po lodowcu, albo patrzeć na renifery z okna samochodu.

I tym razem kraina lodu i ognia mnie nie rozczarowała. Miałam też czas na wybór kolejnych miejsc do odwiedzenia: Tajlandia, Laos, Kambodża i Wietnam. Tym razem na dłużej, dokładniej, bez pośpiechu i planów. Z biletem w jedną stronę.

-Mam dziewiętnaście lat, jestem w trakcie gap year, pochodzę z Polski.- Na twarzy mojego rozmówcy zdumienie i uśmiech. Jemy szaszłyki na nocnym markecie, gdzieś w północnym Laosie.
-W trakcie podróży poznałem mnóstwo Niemców, Kanadyjczyków czy Izraelczyków. Ty jesteś pierwszą Polką, którą spotykam w tych rejonach. Z kim podróżujesz?
-Sama.
-Sama?!

Tę rozmowę odbyłam jakieś trzy tysiąc osiemset dziewięćdziesiąt dwa razy. Za każdym razem smuci mnie fakt, że pomysł zrobienia sobie roku przerwy jest dla Polaków przerażający. Domyślam się że bierze się to z braku kasy,może strachu przed tym co powiedzą znajomi, może po prostu nie kuszą ich podróże. Spoko, rozumiem. Ale równie często słyszę “wow, też bym chciał! Jak ty to robisz?”

To nie jest żadna czarna magia, trzeba tylko podjąć decyzję. Pogodzić się z faktem że pieniądze nie rosną na drzewach (szczególnie w Polsce), a później zakasać rękawy i wziąć się do pracy. Zamiast nowego smartphona kupić bilet, zamiast studiować zarządzanie wyjechać w pizdu.  Gap year to wcale nie są same przyjemności, bo (jeśli to ma jakikolwiek sens) nawet tanie podróże nie są wcale tanie. Nie każdy dzień w podróży jest udany, nie wszystko jest takie jak się wcześniej wymarzyło. Ale, z każdym pokonanym kilometrem, rośnie świadomość, jak niewiele się jeszcze widziało i to jest bezcenne uczucie.

Mam dziewiętnaście lat… i podjęłam najlepsza decyzje na świecie.

LRM_EXPORT_31988861947431_20190316_132100554